9/04/2016

Prawdziwa Włoska przygoda!


Dzięki mojemu dobremu przyjacielowi, Valerio mogłam spędzic kilka cudownych dni we Włoszech. A ponieważ mieszkałam przez ten czas z jego rodziną, tuż pod Rzymem, w Dragonii, miała niepowtarzalną okazję doświadczyć Włoch od kuchni: zobaczyć rytuał parzenia kawy, posmakować słodkiego śniadania i zjeść prawdziwą, domową, włoską kolację. I oczywiście dowiedzieć się kilku ciekawostek o Italii.

Zresztą, zobaczcie sami.
Click here to go to the English Version.


Pierwsza włoska kawa


Espresso w maleńkiej filiżance


Ciekawostka #1: We Włoszech uznaje się głównie 3 rodzaje kawy: espresso, pite po posiłku lub rano; cafe latte oraz latte macchiato pite zazwyczaj do śniadania. Americano nie istnieje i stanowi raczej obrazę dla świata włoskiej kawy.

Przejażdżka metrem

Byłam w szoku, kiedy weszłam na stację metra i pierwszą rzeczą, którą spostrzegłam byli uzbrojeni w karabiny maszynowe żołnierze. Absolutnie zdaję sobie sprawę z tego, że są tam po to, bym czuła się bezpiecznie, jednak przechodziły mnie dreszcze widząc te broń i żołnierza z palcem na spuście.



Kiedy zobaczyłam nadjeżdżający pociąg, przypomniały mi się cudowne czasy przejażdżek metrem w Korei. I na tym podobieństwa się skończyły. Metro w Rzymie jest bardzo chaotyczne. Brak numeracji wyjść i drogowskazów sprawiają, że korzystanie z metra to spore wyzwanie, zwłaszcze dla obcokrajowca nieznającego  języka. Ja na szczęście miałam ze sobą przewodnika :)

Pierwszy przystanek: Gelato


Nie zamierzam się z tym kryć, to był jeden z głównych celów tej podróży!


Uwielbiam takie detale.

Wybór smaków przyprawia o zawrót głowy. Również ceny są dość korzystne, trzy gałki na 2 Euro. Całkiem spoko! Opcjonalna korona z bitej śmietany jest gratis!


Dzień pierwszy spędziliśmy na spokojnym spacerze, by zapoznać się z miastem. Urzekły mnie ulice i konsekwencja zabudowy. Stare kamienie, wszystkie podobne i zarazem różne od siebie. Coś niesamowitego.

Wszechobecne skutery

I inne dziwne pojazdy









Pierwszy dzień został zwieńczony najlepszym makaronem, jaki w życiu jadłam. I nie wydaje mi się, że cokolwiek mogłoby to przebić.


Domowy makaron otulony stopionymi,  przepysznymi serami pecorino i parmezanem z dodatkiem pieprzu i... kwiatami cukinii!


Ciekawostka #2 We Włoszech można spokojnie wypić do obiadu jedną-dwie lampki wina i prowadzić później auto. W Polsce niewyobrażalne. A z pewnością nielegalne.


Dzień drugi rozpoczął się od typowego śniadania: słodkiej bułki i cafe latte w lokalnym snack barze. Mój rytuał zdrowych śniadań właśnie legł w gruzach, natomiast kubki smakowe szalały z zachwytu.



Zaraz potem towarzyszyłam Valerio i jego mamie podczas codziennych zakupów. Bawiłam się przednio, gdyż jak wiadomo wszem i wobec, polowanie na gastro ciekawostki to jedno z moich dziwnych hobby.


Gotowy zestaw do risotto

Oczywiście najbardziej interesującą częścią sklepu, był dział ze świeżymi serami, wędlinami i oliwkami. Niesamowicie szeroki wybór, a do tego tak pięknie wyeksponowany. I tak jest w każdym sklepie spożywczym :)





Popołudniu przyszedł czas na wyprawę nad morze. Po drodze zrobiliśmy kilka postojów. 

Pierwszy w  Ostia Antica, by zobaczyć zamek i kościół, w którym ślub wzięli rodzice Valeria.
Miejscowość tak włoska jak tylko się da. Piękna, po prostu piękna!





Drugi postój, już w samej Ostii. Na jedzenie! Miejsce w którym mieliśmy zjeść, wyglądało wybitnie kiczowato i wzbudziło lekko ironiczny uśmiech na mojej twarzy. Jednakże postanowiłam zaufać mojego przewodnikowi, twierdzącemu, ze to najlepsze miejsce z pastą. Cóż, patrząc na wielkość porcji, zdecydowanie jest najhojniejsze.

Przystawka, cały talerz mini ościorczek, oczywiście w panierce, smażone na głębokim tłuszczu. 


Ciekawostka #3: Panuje tutaj silna kultura przystawek. Zawsze zamawiane są przed daniem głównym i gdy zostaną już zjedzone, podawany jest główny posiłek. Była to dla mnie nowość, gdyż w Polsce zamawia się zazwyczaj od razu danie główne, a w Korei przystawki serwowane są razem z daniem głównym.

Danie gówne, makaron z miecznikiem, pesto i pomidorami. Jedna porcja, którą  się podzieliliśmy. Najadłyby się nią spokojnie trzy osoby:



Palce lizać. Kuchnia włoska z pewnością nie należy do najlżejszych, ale smakuje wybornie. 



Po tym posiłku czułam się jak w gastrociąży. Co było super momentem, żeby wskoczyć w bikini zaprezentować makaranowy bęcol na plaży. 

Jednak zanim dotoczyliśmy się na plażę, postanowiliśmy zastymulować proces trawienia i udaliśmy się na spacer po okolicy. Zakochałam się w tym miejscu! Domy na przedmieściach Rzymu są najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widziałam. No i palmy. Tak po prostu, rosną sobie przed domem. Bo w sumie, czemu nie?







Dzięki Eleonorze, którą również poznałam w Korei, mogłam spędzić cudowne popołudnie, o tu:





Woda była ciepła, słońce świeciło. To się nazywa relaks!


Grazie Eleonora! <3

W życiu nie pomyślałabym, że to się stanie po wsześniejszym makaronie, ale kiedy wróciliśmy do domu, byłam już znowu głodna! I tak cudownie się złożyło, że akurat tego wieczoru, kolację przygotowała mama Valeria. Taką prawdziwą, włoską, domową kolację! Jedno z najfajniejszych doświadczeń podczas mojego pobytu. Mama Valeria była na tyle kochana, że zrobiła ją kompletnie bez mięsa. Cóż mogę powiedzieć? Po prostu zobaczcie. I nie, to nie jest  odświętna wieczerza. Tak wyglądają kolacje, Italian style! 




Przystawka, grillowany bakłażan

Prawdziwa mozzarella, czegoś takiego nie kupi się w Polsce

Polsko-włoska przyjaźń

Risotto z grzybami

Zapiekanka z bakłażanem, sosem pomidorowym i parmezanem



Była tak pyszna, że zabukowałam sobie kawałek na śniadanie następnego dnia.


Po dwóch dniach lenistwa, naszedł wielki dzień. Dzień bycia turystą w Rzymie! Spakowałam plecak, naszykowałam aparat i... poszłam robić zdjęcia z tatą Valeria. Po godzinach jest także profesjonalnym fotografem. Przyczepił gigantyczny obiektyw do mojego Canona i pozwolił mi trochę się nim pobawić. Z tego zdjęcia jestem całkiem dumna:



Padało od samego rana, ale w końcu postanowiliśmy, że nie ma czasu do stracenia i ruszyliśmy na podbój Rzymu.

Przystanek 1: Watykan



Główny plac nie jest taki wielki jak mogłoby się wydawać, oglądając go w telewizji. Choć bogactwo i majestatyczność tego miejsca biją po oczach, kiedy tylko podejdzie się bliżej. Gigantyczne kolumny, niesamowicie szczegółowe dekoracje i bogato zdobione sklepienia - to wszystko powinno wprawiać w osłupienie, natomiast dla mnie kompletnie straciło te cechy w obliczu mnóstwa rozstawionych barierek, plastykowych krzeseł i wszechobecnych turystów w płaszczach przeciwdeszczowych, we wszystkich kolorach tęczy. Nie przeżyłam żadnego duchowego uniesienia. Watykan - odhaczony z listy.

Przystanek 2: GELATO




Ktoś jest jeszcze zdziwiony?

Przystanek 3: Plac Hiszpański



Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc turystycznego Rzymu. Kutluralny miszmasz - typowa włoska architektura, a na środku kolumna zakoszona z Egiptu, z... krzyżem na szczycie. Dekadencja taka. 
Stad ruszyliśmy wzdłuż najdroższej ulicy Rzymu, pełnej ekskluzywnych butików i drogich restauracji. Upatrzyłam sobie sukienką Chanel. Kupię, za jakieś 10 lat x)

Niedaleko Schodów Hiszpańskich zrobiliśmy Przystanek 4: TIRAMISU



Nie jest to mój ulubiony deser, ale nie można być w Rzymie i nie zjeść tiramisu. Odhaczone!

Przystanek 5: Ołtarz Ojczyzny





Zdecydowanie najbardziej imponujący zabytek Rzymu. Jedna wada: tak naprawdę to nie jest zabytek. Został wybudowany jakieś 100 lat temu, na cześć i chwałę Italii. Średnio antyczny,  ale diablo imponujący. I bardzo fotoczeniczny.

Po kilku minutach regeneracji, zaciągnęłam moich towarzyszy na spacer po schodach, na sam szczyt góry, na którym znajdował się przepiękny kościół. Wnętrze było bardzo bogate, barokowe, pełne zdobień i... dziwnych rzeźb:





Przystanek 6 wreszcie, jako wisienka na torcie: Koloseum. 



Przereklamowane, niestety. Robi znacznie większe wrażenie z zewnątrz. Kiedy już wejdzie się do środka, widać tylko ruiny ścian, ze znacznej odległości. I zobaczysz je oczywiście tylko jeśli uda ci się przebić na tarasach widokowych przez tłumy turystów. Koloseum jest bezspornie jednym z cudów architektonicznych, powala rozmiarem i trwałością. Natomiast warto pamiętać, że jest też symbolem krwawej rozrywki.



Dobra rada: Nie stój w gigantycznej kolejce by kupić bilet przed wejściem do Koloseum. Kilka metrów dalej są budki, w których kupisz bilet bez czekania. A jeśli jesteś obywatelem EU, dostajesz dodatkową zniżkę. Za bilet do Koloseum i na teren ruin Forum Romanum zapłaciłam 7,50 Euro. Bomba!

Tak jak czułam się trochę rozczarowana Koloseum, ruiny Forum Romum absolutnie mnie powaliły!  To była zdecydowanie najlepsza część całego zwiedzania. Przechadzałam się po prawdziwym, Starożytnym Rzymie! Ale wiecie co, żadne słowa nie oddadzą tego lepiej od zdjęć:



Takie tam, 3-tysiącletnie drzwi 






Cześć Juliusz

Jak wół do karety

Ostatni punkt programu:  Fontanna di Trevi.



Okrutnie zatłoczona. Na szczęście udało mi się jakoś przecisnąć, pomyśleć życzenia i wrzucić monetę do fontanny. Uwielbiam fontanny. Szum wody i krople odbijające się od rzeźb.

*  *  *

Jak możecie się domyślić, po tak aktywnym dniu i niemal 30 tysiącach zrobionych krokach, byliśmy głodni jak wilki. Na ten wieczór zaplanowaliśmy danie, które każdy na świecie kojarzy w Włochami - Pizzę, oczywiście!

Udaliśmy się do miejsca uznanego przez  Tripadvisor za jedną z najlepszych pizzerii w Rzymie. Oczywiście oddalonej nieco od centrum, gdzie rzadko docierają turyści spoza Włoch. Była to niepozorna, mała pizzeria z kiczowatym neonem na wejściem. Starszy mężczyzna, który okazał się właścicielem, stał w progu i ściskał dłoń każdego gościa, zapraszając do środka. Miejsce było naprawkę maleńkie, tylko dwa stoły i dłuższy blat pod ścianą. Mieliśmy szczęście, że znalazło się dla nas mieisce. Przybyli kilka minut później, musieli czekać na zewnątrz.
Każdy odwiedzający był częstowany małą przekąską z delikatnie podpieczonego ciasta. Tak proste, a tak dobre! Tak, zjedliśmy po dwie kuleczki ;)




Na przystawkę Valerio zamówił "typowo włoską przekąskę" - czyste zło. Ryż z żółtym serem, w chrupiącej panierce, smażony - a jak, na głębokim tłuszczu. W tym momencie zaczęłam trochę sobą gardzić.



Wreszcie, nadjechały nasze pizze!

Moja: 4 sery. Istne szaleństwo.


Valeria: smażona pizza z serem, pomidorami i szynką



Julii: klasyczna, z serem, pomidorami i bazylią


To naprawdę wyjątkowe miejsce, takie pyszne, takie włoskie! Musiałam mieć zdjęcie z właścicielem. Co za super człowiek!



*  *  *

Ostatni dzień, dzień mojego wylotu, rozpoczęłam moim ulubionym śniadaniem: Gelato! Ok, to jest dziwne nawet dla Włochów, ale miałam wakacje, więc proszę mnie nie osądzać! :D



Potem kolejna wyprawa na zakupy, tym razem polowałam na pamiątki, prezenty i inne smakołyki. Efekt końcowy był taki, że wracałam w walizką ciężką pięć kilogramów niż kiedy przyjeżdżałam.



A teraz, poznajcie Valerio i jego rodziców: Domenico i Stefanię. Cudowni ludzie! 

Nie tylko przyjęli mnie do swojego domu, nakarmili, pokazali prawdziwe Włochy, ale odesłali mnie do domu z prezentami: Prosecco, pysznym winem i prawdziwą, włoską kawą :) 
Naprawdę, włoska gościnność jest niesamowita! 




Zrobiliśmy ładne zdjęcie...

... ale ja wolę to :)

I Ugo! Mój ulubieniec! :)

1 comment:

Jaromir Stanke said...

Podobno jeśli, stojąc tyłem do fontanny di Trevi, wrzucisz do niej trzy monety, zapewniasz sobie ożenek, dwie - zakochanie, a jedną - przygodny seks z nieznajomym xD