12/12/2015

Kefir in Korea #10: Paryska bagieta i fasola zamiast czekolady



Czyli trzeci tom (o)powieści o jedzeniu w Korei, tym razem o pieczywie. Jak wiecie lub nie, bez pieczywa nie wyobrażam sobie życia. Dlatego przed przyjazdem do Korei smutkiem i trwogą napawała mnie wizja sześciu miesięcy bez solidnej, polskiej pajdy chleba. Okazało się, że w Korei pieczywo znają i lubią. Problem w tym, że mimo francuskich nazw piekarni (Paris Baguette, Pour toi, Tous les jours) ich wyroby nie mają nic wspólnego z tym, co można znaleźć w Europie. Co zatem można znaleźć?



Fasola, fasola everywhere!





Podczas gdy w Polsce brownie z fasoli stanowi jeszcze kulinarną egzotykę, w Korei sztukę serwowania fasoli na słodko opanowano do perfekcji. Powiem więcej, poza soją, strączków nie używa się w daniach wytrawnych. Opakowania bułeczek z nadzieniem na bazie fasoli bywają bardzo zwodnicze:



Na pierwszy rzut oka wygląda jak buła z czekoladą, nieprawdaż? Spragniony kakaowej słodyczy rozrywasz folię i bierzesz łapczywie kęsą, a tam... psikus! Pierwszy raz był lekko szokujący. Smak? Mączysty i bardzo słodki. Te mini placuszki miały nadzienie z fasoli i brązowego cukru, który również jest dość popularny. Mimo wszystko chyba wolę fasolę w wersji klasycznej - wytrawnej.

W ogóle pieczywo w Korei jest w 99% słodkie, chleb tostowy (praktycznie jedyny jaki można tu dostać) również taki jest, mimo że służy do przygotowywania kanapek z szynką, jajem i całym słojem majososu (majosos - rzeczownik r. męskiego, wynaleziony przez autorkę tekstu; pogardliwie o sosie na bazie majonezu). Wytrawne bywają jedynie bułki z nadzieniem mięsnym, krokiety i różne dziwadła z boczkiem i parówkami. A propos dziwadeł...

Ekstremalne połączenia


Słodki chleb i szynka były zaskoczeniem? Poczekajcie na to:





Bułka z borówkami, z kruszonką na wierzchu o zapachu... czosnku! Miękka, pszenno-ryżowa bułka, z borówkami w środku, otulona lepką, słodką kruszonką z dodatkiem czosnku. Kupiłam, żeby sprawdzić jak to w ogóle możliwe, no i w ogóle, JAK? Surrealistyczne, ale o dziwno smaczne.

W Korei wypieki z dodatkiem borówek są dość popularne. Jadłam kiedyś połączenie chlebo-biszkoptu z borówkami i... gorgonzolą! Akurat ta kombinacja nie podbiła mojego podniebienia, ale przyznaję punkty za odwagę.

Pewnego dnia znalazłam też takie dwa wynalazki:





Swój zielony kolor zawdzięczają dodatkowi bylicy pospolitej (ang. mugwort, kor. 쑥), rośliny obecnej w legendzie o powstaniu Korei (mit o Tangunie). Ma słabe właściwości lecznice, więc dodano ją chyba tylko dla walorów estetycznych, bo na pewno nie smakowych ;)

W Polsce do barwienia pieczywa używa się palonego cukru, a w Korei... atramentu! I to nie byle jakiego, bo prosto od kałamarnicy ;)




Mniej szokujące, choć spotkane po raz pierwszy, połączenie pieczywa i glonów. W smaku dość interesujące, choć ze względu na konsystencję wodorostów (dość twarde i trudne do przeżuwania) spróbowane po raz pierwszy i ostatni.




A tutaj jeszcze pancake z nadzieniem z lepkiej mąki ryżowej. Coś jak u nas bułka z chlebem ;)





'Krim cidzy' 


Czyli koreańska fonetyzacja angielskiego 'cream cheese'. Chyba drugie najpopularniejsze nadzienie zaraz po fasoli. Niestety z klasycznym cream cheese nie ma zbyt wiele wspólnego. W niektórych piekarniach przypomina bardziej połączenie bitej śmietany z białą nutellą, w innych masę maślano-serową. Niestety, twarogu w jakiejkolwiek postaci się tutaj nie uświadczy.




Tutaj nadzienie z budyniem w chlebie z dodatkiem mąki żytniej. Pozytywne zaskoczenie.



Znalazłam jedną bułkę, w której ów mistyczny 'krim cidzy' jest smaczny:




Wieniec z puszystego ciasta pszennego, z dodatkiem orzechów włoskich i płatkami migdałowymi na wierzchu. Nie jest tak słodki, jak typowa drożdżówka z Polski, a serowe nadzienie nie smakuje jak masło. Bez bicia przyznaję, że pozwalam sobie na o cudo nawet kilka razy w tygodniu. Pewnie dlatego, mimo ogromnych nadziei, nie schudnę w Korei ani grama ;)


W Korei nie ma dobrego pieczywa. Krążą legendy, że gdzieś na Itaewonie (międzynarodowa dzielnica Seulu) jest jakaś piekarnia prowadzona przez Koreańczyka, który długo mieszkał w Niemczech, jednak mogę się  założyć, że pieczywo dobre nie będzie. Bo przez dobre rozumiem nie tylko smaczne i przypominające polskie, ale przede wszystkim zdrowe - żytnie lub chociaż razowe. A takiego tu nie ma. Jest za to jedna piekarnia, która bardzo wyróżnia się na tle pozostałych: 5 Loaves. Chleb ma chrupiącą skórkę, jest pieczony na drożdżach i naprawdę smakuje jak prawdziwy chleb.



Pszenny chleb z chrupiącą skórką i czarnymi oliwkami.





Tutaj poza skórką chrupią także orzechy włoskie, a słodyczy nadaje żurawina

Pain de champagne, zwykły, biały chleb, niezwykły jak na Koreę, bo smakuje jak prawdziwy ;)



Oprócz jakości, drugim ogromnym minusem pieczywa w Korei jest jego cena. Najzwyklejsze bułeczki z nadzieniem z fasoli kosztują od 3,5 do 7 złotych, podobnie kosztuje chleb tostowy za coś konkretniejszego trzeba zapłacić ok 10 złotych, A za chleb z ostatnich zdjęć 15 złotych lub więcej.


Mam nadzieję, że smakowało.

Do następnego!
M.









No comments: