12/02/2015

Kefir w Korei #9: Przygody wybrane



Czyli zestaw śmiesznych, zaskakujących, zadziwiających, wspaniałych i wzruszających sytuacji, w których chcąc lub nie chcąc się znalazłam. O niektórych zabawnych przygodach słyszałam wcześniej od znajomych, niektóre były totalnym zaskoczeniem, jednak każda z nich uczyni pobyt tutaj niezapomnianym.


Kontakt pierwszego stopnia ze starszyzną Korei

Niedługo po przyjeździe, kiedy na stacji metra czekałam z koleżanką na nasz pociąg, po raz pierwszy doświadczyłam zagadania przez koreańskiego dziadka (adziossi 아저씨). Zapytał skąd jesteśmy, a gdy odpowiedziałyśmy, że z Polski, okazało się, że był w Polsce! I że bardzo miło to wspomina. Nam również zrobiło się bardzo miło. Starsi ludzie w Korei często zagadują obcokrajowców, zwłaszcza tych jasnej karnacji ;)
Innym razem, kiedy zwiedzałyśmy jeden z pałaców w mieście, zaczepił nas inny staruszek, który mówił niemal płynną angielszczyzną. Porozmawialiśmy chwilę, po czym adziossi stwierdził, że jesteśmy piękne i zapytał, czy może zrobić nam zdjęcie. I zrobił:


A chwilę potem zrobił sobie z nami selfie! Tak, Koreańczycy mają na ich punkcie bzika. Nie mogę odżałować, że nie poprosiłam go o przesłanie mi tego zdjęcia. Przedni człowiek :)

Jednak nie zawsze starcia ze starszymi Koreańczykami są tak zabawne. Wielokrotnie słyszałam za sobą na ulicy 'łegugin' (외국인), czyli obcokrajowiec. A zaraz porem 'rosija', czyli, że niby jestem Rosjanką. Niby żadna obraza, ale ton wypowiedzi bynajmniej nie czyni tego komplementem.

Jeppojo!


Kiedyś byłam świadkiem (w metrze oczywiście, bo takie sytuacje zazwyczaj zdarzają się w metrze :)), jak moja przyjaciółka P. została zaczepiona przez starszą Koreankę (adżumoni 아주머니). Kobieta popadła w zachwyt nad jej urodą, powtarzając w kółko: 'jeppojo' (예쁘다 - być pięknym), trzymając ją ze rękę i zasypując innymi komplementami. P. powinna być do tego przyzwyczajona, bo mieszka w Korei prawie półtora roku, jednak takie sytuacje są zawsze krępujące. Ja w tym momencie pomyślałam z ulgą, że mogę się czuć bezpiecznie w kontekście takich sytuacji - jestem daleka od spełnienia koreańskich standardów piękna: nie jestem szczuplutka, nie ubieram się ultrasłodko i dziewczęco.
A jednak. Pewnego ranka, przyodziana w luźne jeansy i jaskrawą przeciwdeszczową kurtkę usiadłam w metrze obok starszej pani. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i wtedy już wiedziałam, że zaraz to nastąpi. Wzięła oddech, westchnęła i powiedziała owe magiczne słowo: 'jeppojo'. Stało się! Oficjalnie zostałam zjeppojowana przez adżumoni. I to z bonusem! Kiedy już skończyłam zaprzeczać, że nie jestem piękna, pani babcia sięgnęła do swojego hikingowego plecaczka i poczęstowała mnie cukierkiem. Cóż, czasem wystarczy po prostu być białym ;)

A propos zaprzeczania bycia pięknym. Koreańczycy są tak skromni, że mają nawet specjalną konstrukcję gramatyczną, służącą do zaprzeczania komplementów! Zastanawiam się, jak sprzedają się na rozmowach kwalifikacyjnych ;)

Domowa atmosfera

Mamy z P. nasze ulubione miejsce, do którego zawsze chodzimy na rybkę albo gorące zupki na bazie soi. Pewnego wieczoru, postanowiłyśmy zajrzeć do innego. Knajpka jak każda inna, ale uroczy gospodarz sprawił, że poczułyśmy ciepłą, domową atmosferę. Starszy pan krzątał się przygotowując przystawki, zupki robiła jego żona. Bardzo sympatycznie, kiedy nagle dobiegł nas pewien dźwięk. Starszy pan... puścił bączka. Nie bardzo wiedziałyśmy jak się zachować, zwłaszcza że w tym momencie byłyśmy jedynymi klientkami w restauracji. Żeby upewnić nas, że się nie przesłyszałyśmy gospodarz czynność powtórzył. Widać wziął sobie do serca ideę domowej atmosfery ;).
Dodam tylko, że to kichanie w Korei jest czymś wstydliwym i podczas gdy w Polsce życzy się kichającemu zdrowia, w Korei totalnie się to ignoruje. Jak widać, inne sprawy fizjologiczne nie są tak wstydliwe.


Kolacja w Hyundayu


Pewnego wieczoru wracałam z P. zakupów, kiedy byłyśmy już pod jej gosiłonem (고시원 - miejsce, w którym można wynajmować bardzo małe pokoje, niektóre z nich są bez okien!), wpadłyśmy na naszą koleżankę K. i na właściciela jej gosiłonu. Wymienił szybko parę zdań z dziewczynami i gestem zaprosił nas do środka... salonu samochodowego Hyundai. W Korei bardzo popularne jest oficjalne otwieranie sklepów i salonów, na które zaprasza się wszystkich lokatorów budynku. A tak się złożyło, że gosiłon, w którym pokoje wynajmują K. i P. mieści się na cztery piętra nad salonem Hyundaia. I tak wylądowałyśmy na kolacji wraz z koreańskimi dealerami pochyłych H ;) Był też ołtarz z ofiarami mającymi na celu załatwienie powodzenia salonowi.
Całkiem sympatycznie!






Ok, bye bye!


Ustalmy jedno. Nie lubię chodzić do klubów, na palcach obu rąk zmieszczę ilość wyjść w trakcie całych studiów. Po prostu nie moja bajka. Jednak czasem trzeba się zintegrować z ludźmi, wyjść, potańczyć, po prostu się rozerwać, Więc poszłyśmy! A w zasadzie pojechałyśmy, na Hongdae, mojego ulubionego miejsca na wieczorne wyjście. Dzielnica pełna młodych ludzi, tańczących i śpiewających na ulicach, mnóstwo barów, knajp, klubów. Właśnie, klub. Znalazłyśmy jeden, który oferował coś innego niż mózgopiąrące techno - Nb2. Super klimat, dobra muzyka i... dzikie tłumy. Ścisk na parkiecie był nie do wytrzymania, więc postanowiłyśmy wrócić na górę i trochę odetchnąć Jednak i tam nie było wolnych miejsc. Kiedy stałyśmy nieco zagubione przy barze, podszedł do nas pewien Koreańczyk i zaproponował, żebyśmy dołączyły do jego stolika. Byłyśmy bardzo zmęczone, więc chętnie przysiadłyśmy się do niego i jego znajomych. Również byli studentami, super mili, zaserwowali nam po drinku. Rozmawialiśmy bardzo łamanym angielskim, ale rozmowa średnio się kleiła. Chciałam o coś zapytać i kiedy odwróciłam się do owego Koreańczyka ten uśmiechnął się i powiedział: 'Ok, bye, bye!' i  pomachał ręką na do widzenia. W taki oto wesoły sposób wyrzucił nas z loży. Nie wiem, czy to normalne wśród Koreańczyków, czy to jednostkowy przypadek. W każdym razie, uniknęłyśmy żenującego pożegnania.




Szaleni taksówkarze


Innego wieczoru wraz z grupą studentów z wymiany podbijaliśmy parkiety w najbardziej międzynarodowej dzielnicy -Itaewon. Nie wiedzieć kiedy, rozproszyliśmy się, a po jakimś czasie okazało się, że część ludzi pojechała do innego klubu, innej dzielnicy - Gangnam (tak, ten Gangnam Style). Postanowiliśmy złapać taksówkę i do nich dołączyć, co okazało się wcale nie takie łatwe o trzeciej w nocy. W końcu, jeden z kierowców zgodził się zabrać nas w upragnione miejsce. Wyglądał na bardzo wyluzowanego i... taki właśnie był! To była najdziwniejsza jazda taksówką w moim życiu. Temu kierowcy niepotrzebny był klub, miał go w taksówce: muzyka na cały regulator, techno oczywiście, jakieś kolorowe światełka i dzikie tańce za kierownicą. Kierowca trącał kolegę siedzącego z przodu, by tańczył razem z nim. No wiecie, everybody ręce w górę i takie tam.

W ogóle taksówkarze w Korei to ekstremum - zatrzymują się na środku/za/przed skrzyżowaniami, gdy mają wolną taksówkę, po prostu, stoją sobie na drodze czekając na klientów. A w nocy lub poza miastem rzadko zwracają uwagę na czerwone światło. I mam wrażenie, że albo nie włączają kierunkowskazu w ogóle (np. przed skrzyżowaniem) albo cały czas jadą z włączonym (np. na obwodnicach).



Wesoły autobus!


Pod koniec września, kiedy w Korei obchodzono Chuseok, wybrałyśmy się z P. na wycieczkę nad morze. Najpierw metro, potem autobus. Nie byle jaki, bo taki prowincjonalny! Trochę jak polski wycieczkowy. Najpierw godzina w korku na trasie wyjazdowej, a potem... szaleństwo! Kiedy tylko kierowca wydostał się zatłoczonej trasy głównej zaczął pędzić jak Błędny Rycerz w Harrym Potterze. Na nasze nieszczęście wyłączył głos informujący o kolejnych przystankach. Co jakiś czas wykrzykiwał coś, czego ani ja, ani P. nie byłyśmy w stanie zrozumieć. Niektórzy ludzie pochodzili do niego i kierowca zaczął uprawiać coś na zasadzie przystanku na życzenie. Po kilku minutach stwierdziłyśmy, że najwyższy czas się ewakuować, poprosiłyśmy zatem kierowcę, by zatrzymał się na najbliższym przystanku. Kiedy wysiadłyśmy, ze zdumieniem odkryłyśmy, że kierowca pokonał kilkanaście przystanków w mniej niż dziesięć minut. A my przejechałyśmy o trzy za dużo. Cóż było począć? Rozpoczęłyśmy marsz wsteczny, po drodze posilając się w tradycyjnej koreańskiej restauracji, w której siedzi się na podłodze :) (zimą podłoga jest ogrzewana!).



 Potem ruszyłyśmy w stronę morza szlakiem turystycznym, na mapie oznaczonym idealnie, w terenie niekoniecznie. Nie bez przebojów, ale w końcu dotarłyśmy do wybrzeża.




Bunkrów nie było, słońca też, ale i tak było śmiesznie ;)


Z innych fajnych rzeczy, które mi się przytrafiły mogę wymienić wizytę w siedzibie LG, dokładniej w oddziale badań i rozwoju. Wraz z grupą koleżanek odwiedziłyśmy tę twierdzę, żeby zaproponować kilka uwag do polskiego menu ich nowego produktu ;) Przechodziłyśmy przez bramki jak na lotnisku, telefonom zaklejono kamery, a no koniec podpisałyśmy umowę poufności. Więc więcej nie zdradzę!




I to tyle na teraz :) Minęła dopiero połowa mojego pobytu w Korei, więc to pewnie nie ostatni taki post! Dziękuję! 'Kamsahamnida!

No comments: