11/07/2013

Bycie FIT vs. codzienność, czyli dlaczego nie wszyscy są królami fitnessu?

Siedzę tak sobie wczoraj, a w zasadzie leżę - styrana po treningu i myślę - przecież to takie piękne uczucie, dlaczego tak wielu ludzi nie ćwiczy? To najbanalniejsza forma sprawienia sobie radości i przyjemności. Tak, jestem uzależniona. I kiedy z przyczyn niezależnych ode mnie (nawał obowiązków, pogoda, nagła zmiana planów - ktoś / coś) nie mogę odbyć zaplanowanego treningu jestem po prostu chora. 
Powiem więcej, jestem zła jak osa i rozdrażniona jak kobieta podczas PMS (nie miewam PMS, żeby było jasne :P). Dla mnie trening i zdrowe odżywianie to już nieodłączny element życia. Chociaż jak tak pomyślę, to w zasadzie moje życie samo w sobie ;) Idea jest piękna - pielęgnacja ciała i umysłu; zdrowie i uroda; sprawność i spokój ducha.

Skoro to takie banalne i proste z założenia, dlaczego po ziemi nie chodzą sami królowie i królowe fitnessu? 
Ano. To, co proste w teorii, zazwyczaj najtrudniej jest wdrożyć w życie. I o ile człowiek posiada wiedzę na temat zdrowego żywienia, choćby najbardziej podstawową, to i tak w sklepie łapczywie wyciąga ręce po kolorowe napoje, chrupiące chipsy, ociekające tłuszczem pączki i rozpływające się w ustach czekoladki. [Ślinianki zaczęły pracować? Moje tak ;)] Dlaczego tak się dzieje? Bo człowiek lubi sobie dogadzać, a nie lubi wyrzeczeń. 'Pyszne' jedzenie i wieczór przeleżakowany przed Tv dają mu poczucie złudnej przyjemności.

źródło



Przejście na zdrowy tryb życia (ogólnie pojęty) zawsze kojarzy się z ograniczeniami, męczarnią planowania i przygotowywania posiłków. Im więcej człowiek je śmieciowego jedzenia, tym trudniej przejść na dobrą stronę mocy. Wygodnie mu z jego nawykami, a każdą namowę do zmian, traktuje jako zamach na swoją suwerenność. Nadal jednak z zazdrością patrzy na boskie ciała pań /  panów z Tv. Koło się zamyka. 


FAKT: Z jednej strony zdrowe odżywiane to przyjemność - owoce i świeże warzywa szczerze uwielbiam i nawet jedząc w knajpie zazwyczaj wybieram sałatkę grecką, bo prostu mi smakuje, a nie dlatego, że jest 'dietetyczna'. Z drugiej strony - JEST TRUDNE. Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy walczę ze sobą, żeby nie kupić tej ślicznej, puchatej jagodzianki (wypieki wszelakie to moja pięta Achillesowa). Dlatego nie wolno umniejszać swoim 'małym' zwycięstwom. Jeśli nie jesteś w stanie zmienić całkowicie swojego jadłospisu, zastąp chociaż część posiłków tymi zdrowymi i pełnowartościowymi. TO DZIAŁA - uwierz mi. Albo nie wierz, tylko sprawdź na własnej skórze (żołądku? ;)). I zobacz, jak się poczujesz. Bo ja myślę, że poczujesz się zajebiście ;) I zastanów się, przed kupieniem kolejnej paczki ciastek, czy to naprawdę jest Twoja definicja szczęścia.



MIT: Nie mam czasu na sport i zdrowe odżywianie.
Włożenie sportowego obuwia i wyjście z domu po dniu w pracy, zdaje się być totalną abstrakcją i nadludzkim wyczynem. A gotowanie kalafiora zamiast odgrzania pizzy? - A kto ma na to dzisiaj czas?!

A ja mówię Wam, że to nie kwestia czasu, a organizacji. Pociągnę dalej przykład kalafiora. Wracasz do domu, wstawiasz wodę na kalafiora, przebierasz się w wygodny dres (czy w czymkolwiek lubisz chodzić po domu), dzielisz kalafiora na różyczki, wrzucasz do wody, która się w międzyczasie zagotowała. Przykrywasz, gotujesz na małym ogniu. Masz pół godziny dla siebie. Możesz  usiąść przed komputerem / tv, odpocząć, zrobić jakiś sosik do kalafiora, posprzątać, wstawić pranie, a nie stać przy garnku i czekać. Naucz się wykorzystywać czas, zamiast go marnować.
Aktywność? Zastanów się, czy następną godzinę przesiedzisz bezproduktywnie przed komputerem / tv. Jeśli i tak nie masz nic ciekawszego do roboty, włącz ulubioną muzykę, potańcz, poskacz, znajdź trening na YouTube (tam KAŻDY, absolutnie każdy, znajdzie coś dla siebie). Wg WHO dla zapewnienia sobie zdrowia, trzeba uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu po 45 minut. Myślę, że tyle czasu (na dobry początek, bo potem to uzależnia) jest w stanie wygospodarować każdy.

Punktem wyjściowym powinno być założenie - robię to dla siebie. Bo chcę coś zmienić. Bo choć żyje mi się wygodnie, rutyna po cichu wkradła się w moje życie i psuje jego radość. 

A na koniec refleksja dotycząca mnie. O ile dbanie o dietę rozpatruję bardziej w kontekście zrzucenia nadprogramowych kg, czy kontroli wagi, o tyle ćwiczenia traktuję tylko i wyłącznie jako przyjemność. Ok, gdzieś z tyłu głowy była myśl, że fajnie byłoby mieć sześciopak na brzuchu, ale nigdy nie wyznaczałam sobie jakiegoś celu, że np. za 3 miesiące muszę mieć widoczne ABS albo muszę zmniejszyć odwód bioder. I co najzabawniejsze, od kiedy w ogóle nie myślę o tych efektach, zaczęłam je zauważać xD Zdecydowanie bardziej umięśnione nogi, zarysowany biceps i triceps. Sześciopak nadal 'zalany', ale czuję, że mięśnie są. A to wszystko wkradło się niepostrzeżenie i stało się 'skutkiem ubocznym' tego, co kocham robić ;) 




5 comments:

lavidaesmentolada.blogspot.com said...

Po przejściu na zdrową stronę mocy zaczęłam się zastanawiać, czemu zrobiłam to tak późno... I szczerze powiem, że nadal nie wiem, oprócz zwykłego lenistwa nic innego nie przychodzi mi do głowy. Szybkie życie to jedno, nawyki to drugie, brak elementarnej wiedzy to trzecie. Powody można mnożyć. Dziś uważam, że jeśli chce się jakiejkolwiek zmiany, trzeba się otworzyć na życie, na nowości, szukać samemu inspiracji i motywacji, jeśli jej brak. Tak robię dziś i już nie chcę wracać do starych schematów! Jest mi dobrze, jestem szczęśliwa i spełniona. Aktywność fizyczna, którą kocham to mój numer 1 :) Efekty "uboczne" oczywiście są i oczywiście chcę teraz więcej i więcej. Wszystko jest w naszych głowach, czasem wystarczy dobry przykład kogoś, kogo znamy, komu się udało - taki przykład może dać nam kopa w tyłek, który w końcu postanowimy ruszyć z kanapy. Staram się być takim przykładem, choć przede mną jeszcze bardzo długa droga... Ale cieszę się na myśl, że jest długa, bo w końcu zrozumiałam, że to droga do celu a nie cel sam w sobie jest tym, co najważniejsze i najpiękniejsze :)

Run-forlife said...

Dokładnie dupeczko :* I choć rozumiem, że są ludzie cały dzień w pracy, potem wracają styrani i przecież "nie mają czasu na ćwiczenia" to jednak uważam, że się da. Da się, gdzieś umieścić trening, a najlepiej to zrobić go zamiast czegoś innego. No i zaoszczędzimy czas na chodzeniu do lekarza za parę lat, gdy już zatkają nam się żyły przez siedzący tryb życia.

Marta Łukasik said...

Kwintesencja bycia FIT! Masz stuprocentową racje. Ja też nie wyobrażam sobie już innego życia. Zmienia się wszystko! I zobacz, wszyscy, którzy są po 'naszej' stronie są uśmiechnięci i zadowoleni! I tak do końca świata! :D

Marta Łukasik said...

Złote słowa. Najtrudniejszy pierwszy krok. A jak się złapie bakcyla to trudno się zatrzymać ;)

Piotr Stanek said...

Marta

Interesujący wpis. Dzięĸuję.
Masz rację, że lubimy sobie dogadzać. Część ludzi lubi dogadzać sobie teraz, tu, od razu.
Korzyść po jakimś czasie, i w połączeniu z wysiłkiem nie jest zachęcająca, jeśli na wyciągnięcie ręki mamy inne.
To także kwestia świadomości - wiedzy o tym, że lepiej być fit niż nie być. Że za x lat to bycie fit, to dbanie o siebie się opłaci.
Po drugie to kwestia dystansu i akceptacji - do siebie, swojego ciała. Boskiego ciała pana/pani z reklamy (ach ten Photoshop) nie będziemy mieć.
I po trzecie, last but non least, to kwestia tego, czy nam zależy. Przykładowo, nie mam wątpliwości, że jedzenie pewnych produktów mi nie służy, to ich nie jem albo jem wyjątkowo (np. słodycze). Zależy mi na zdrowiu, to robię tak, aby mi zależało.

" Punktem wyjściowym powinno być założenie - robię to dla siebie."
zgadzam się. Tak powinno być. Biegam dla siebie, ćwiczę dla siebie itd.

"I co najzabawniejsze, od kiedy w ogóle nie myślę o tych efektach, zaczęłam je zauważać xD"
:) bo tak to (często) działa.
Dodatkowo, jak coś się polubi, to o wiele lepsze są efekty. Po co robić coś czego się nie lubi?
uśmiechy
Piotr