11/22/2013

Mój pierwszy raz - euforia biegacza + recenzja

Słyszałam o tym zjawisku, ale nigdy nie zagłębiałam się w temat. Uznałam, że chodzi po prostu o pobudzenie endorfinami w czasie treningu i po jego zakończeniu. Czuję to zawsze po aktywności fizycznej - uczucie genialne i uzależniające. Jednak to, co poczułam wczoraj to coś zupełnie innego...
Wczoraj nie byłam nawet w stanie tego opisać. Byłam gdzieś w przedsionku nirwany. Nigdy przedtem nie czułam czegoś podobnego. Pomijając to, że cały bieg był niemal idealny, od początku biegło mi się wspaniale, to z każdym kilometrem proporcjonalnie stawałam się coraz szczęśliwsza. Tak! To idealne określenie! Biegnąc, byłam przeszczęśliwa! Do cebulek włosów po mały palec u stopy. 






Wychodząc z domu wiedziałam, że będzie dobrze, że pobiegnę dalej niż kiedykolwiek wcześniej. I kiedy na piętnastym kilometrze poczułam, że przebiegnę te osiemnaście, nastąpił nieoczekiwany wybuch radości. Zaczęłam tracić oddech, serce waliło jak głupie - podekscytowanie, adrenalina? Nie wiem, musiałam szybko się uspokoić, bo gotowa byłam paść na zawał. Uśmiechałam się absolutnie do wszystkich - biegających i nie, do pana na przystanku, do dresa z piwem, DO WSZYSTKICH! Endomondo zameldowało, że pokonałam już osiemnaście kilometrów. Postanowiłam jednak wykorzystać 'mój dzień' i dobiłam do dziewiętnastu. Euforia, czy cokolwiek mnie rozpierało buzowało w mózgu, w żyłach, w płucach. Nogi żyły własnym życiem. A mój mózg posiada chyba funkcję przetwarzania kilobajtów z muzyki, na kilodżule napędzające mięśnie. Piosenka biegu to zdecydowanie:



Time is now baby, look around baby, just be proud!


Chcąc zrozumieć to fenomenalne uczucie, przeczytałam dość obszerny artykuł na Wikipedii. Są różne teorie. Jedne mówią, że ów stan wcale nie jest wywołany przed endorfiny, a np. przez fenyloetyloaminę - pokrewną amfetaminy produkowaną przez organizm. Nie da się ukryć, zdecydowanie byłam na biegowym haju. I pisząc to, nadal na nim jestem. Niektórzy naukowcy twierdzą, że nie istnieje coś takiego jak euforia biegacza, a jest to jedynie efekt placebo. Z kolei inna hipoteza zakłada, że intensywne ćwiczenia prowadzą do uwolnienia się od negatywnych uczuć nieprzyjemności, gniewu, frustracji i niepokoju, i dopiero to może powodować wzrost poziomu endorfin. Dlatego raczej należałoby mówić nie o euforii, a o spokoju biegacza. No nie, spokój to na pewno nie jest! ;)
Jak zwał tak zwał. Ja wiem, że byłam w innym świecie. Doświadczyłam błogostanu, o jakim nigdy nie myślałam. I jedno wiem na pewno - chcę to poczuć ponownie. Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale będę cierpliwa. Dla takich chwil warto czekać ;)






Życzę każdemu z osobna, żeby na własnej skórze doświadczył euforii biegacza. Niezależnie od tego, czy biega, jeździ na rowerze, nartach, uprawia aerobik - kiedy przyjdzie ten stan, będziesz czuł to całym sobą ;)

A dlaczego był to 'mój dzień'? Sama nie wiem :) Od samego rana pozytywne akcenty. Kiedy zbierałam się już na uczelnię, do drzwi zapukał listonosz z przesyłką dla mnie - skarpety termiczne od Nessi, które wygrałam w konkursie na ich facebookowym funpage'u.  Miałam napisać o tym od razu, ale stwierdziłam, że najpierw je przetestuję. No, a jak już przetestowałam, nie byłam w stanie usiedzieć na tyłku przed komputerem, żeby cokolwiek napisać :D Ach na euforia!
Dlatego teraz krótka recenzja skarpet termicznych Nessi.

Wrażenia wizualne na plus. Kolorystyka bardzo mi odpowiada, dodatkowo jaskrawe elementy poprawiają widoczność biegacza. Staranne wykończenie, skarpety miłe w dotyku. Produkt zdecydowanie dobry gatunkowo.
Informacje z ulotki nie mijają się z prawdą. Skarpeta się nie zsuwała, po treningu była dokładnie w tym samym miejscu na łydce, co zaraz po założeniu. A dodam, że skarpety naciągnęłam NA spodnie do biegania, które jak wiadomo są dość śliskie. Ogromnym plusem są płaskie szwy. Absolutnie niewyczuwalne na stopie. Już nie raz miałam pęcherze i odczuwałam dyskomfort przez zbyt duże szwy skarpet. Tutaj nie ma o tym mowy. Skarpeta dobrze odprowadza wilgoć na zewnątrz, bez porównania do zwykłych skarpetek, nawet tych z bawełny. Podczas biegania wieczór był dość ciepły, więc nie mogę się odnieść do ich właściwości utrzymywania ciepła. Na pewno utrzymują temperaturę optymalną, bo ani razu nie poczułam żeby było mi za gorąco :) A i zapachu spoconych stóp po zdjęciu butów też specjalnie nie czułam.
Czy znajduję jakieś minusy? Może jeden. Fakt, nie mam najszczuplejszych łydek na świecie, dlatego skarpety dość mocno się na nich rozciągnęły. Osoby o bardziej rozbudowanych łydkach mogłyby odczuć niewielki dyskomfort. A, przypominam, że naciągałam skarpety na spodnie do biegania, na to też trzeba będzie wziąć poprawkę. 




Ciekawa jestem jak będzie z nimi po praniu i jak sprawdzą się w zimie.

Reasumując: Skarpety na piątkę! Polecam z czystym sumieniem. Do wyboru są też inne modele kolorystyczne. Podkreślam, że to polska firma, ceny jak za produkty tak dobrej jakości bardzo przystępne, żeby nie powiedzieć niskie.

4 comments:

lavidaesmentolada.blogspot.com said...

Nie wnikam, czy to fenyloetyloamina, czy inna gangrena (hehe), najważniejsze jest to uczucie, które jest jedyne w swoim rodzaju i dla mnie - bezcenne!!! Ja doświadczyłam go w tym roku na rowerze :) Pięknie napisałaś, aż zazdroszczę tego błogostanu :) Super, jestem z Ciebie bardzo bardzo dumna, wiesz? :) Kochana oby więcej takich pięknych chwil :-*

Run-forlife said...

jojojo, biegowy mistrz Marta Łukasik.
Dziś wracając z biegania taka wymiana zdań z tatą:

Ja: 5 km, ale to tylko takie biegowe przedszkole. Marta wczoraj pocisnęła 19.
Tata: Kim jest Marta? To mistrzyni świata?
Ja: Nie, to moja przyjaciółka z Poznania.

Dodam, że nie pytał z ironią. ;p
:*

Marta Łukasik said...

Dziękuję Kochana! Uczucie nie do opisania. Same sobie wypracujemy te chwile moja droga! Tulę Cię mocno! :)

Marta Łukasik said...

Haha, pozdrów tatę serdecznie! :) I zabieraj za bieganie razem se sobą :D

I 5km to nie żadne przedszkole! Dla mnie rano na czczo to granica omldenia i wyłożenia się plackiem na trasie :P