5/26/2014

Rossman Run - Bieg Ulicą Piotrkowską



W minioną sobotę (tj. 24.05.2014) wzięłam udział w dwunastej edycji Biegu Ulicą Piotrkowską. W Łodzi mieszkałam przez jakiś czas, więc ten bieg był dobrym powodem, by odwiedzić 'stare śmieci'. 

Aby móc w pełni wytłumaczyć, czym był dla mnie ten start, muszę w kilku słowach naświetlić, przez co przechodziłam przez kilka ostatnich miesięcy. Od lutego borykałam się z kontuzją łydek, dokładniej mięśnia płaszczkowatego. Nogi były ciężkie, obolałe i nawet chodzenie sprawiało ból. Był lekarz, fizjoterapeuta, suplementacja, rozciąganie, jednak najlepszym lekarstwem okazał się czas. Po około dwóch i pół miesiącach wróciłam do lekkiego truchtania, ale opatrzność chyba nie była z tego zadowolona. Zaczęły się problemy z kręgosłupem, piszczelami, a na sam koniec z kolanem. Na bieg w Łodzi zapisałam się jakieś 2 miesiące temu, święcie przekonana, że do tego czasu będzie już wszystko ok. No nie było. Ostatnie dłuższe truchtanie przed sobotnim biegiem miało miejsce w poniedziałek i na drugi dzień kolanowego szału nie było. Na bieg jechałam w zasadzie z duszą na ramieniu i wcale nie było mi do śmiechu. Ostatni raz dychę przebiegłam ponad trzy miesiące temu...



Zapisy drogą internetową poszły gładko. Strona wydawała mi się trochę dziwna, a wszystkich informacji musiałam doszukiwać się w regulaminie. Jako że do Łodzi przyjeżdżałam z Poznania w dzień zawodów, o odebranie pakietu poprosiłam kuzyna (dzięki Damian!). Fajna koszulka, jak trochę schudnę to może wyjdę w niej na miasto ;) Izotonik, trylion ulotek, coś dla Was, ale o tym za chwilę, fajny woreczek, będzie idealny na rower :) I... MÓJ NUMER STARTOWY! Który stanowi moją datę urodzenia! Nie wiem, czy to przypadek, potraktowałam to jako dobry znak :)



Dzień startu. Pobudka 5. coś, przed siódmą wyjście z domu, 8. odjazd z Poznań Górczyn. Przed jedenastą byłam w Łodzi. Skwar niemiłosierny. W tym miejscu bardzo dziękuję za pomoc mojej kochanej Cioci (Renatko! <3), która odebrała mnie z Kaliskiego, a ja nie musiałam się tarabanić przez pół miasta... nawet nie wiem, czym dojechać na działkę Dziadków, kiedy pół Łodzi rozkopane. Właśnie na działce u Babci i Dziadka spędziłam czas do biegu, dokonując egzekucji na moim zdrowym odżywianiu. Nie przyznam się absolutnie co i ile, nazwijmy to ładnie - ładowaniem węglowodanów :P Upał nadal nieznośny, choć gdzieś na horyzoncie zaczęły majaczyć ciemne chmury.

Pod Manufakturą byłam godzinę przed startem. Zerwał się silniejszy wiatr, zaczęło trochę kropić i znacznie się ochłodziło! ULGA! Serce miałam pod gardłem, choć byłam zdecydowanie spokojniejsza niż podczas Biegu Warciańskiego. Wspólna rozgrzewka pod sceną rozładowała resztki napięcia, było trochę śmiechu, organizacyjnie na duży plus. Drugą rundę podskoków pod sceną odpuściłam ze względu na kolano. Go, go na linię startu. Na cwaniaka ustawiłam się w strefie 55 minut. I tu mogę dać mały minus, strefy były zdecydowanie za małe na tak dużą liczbę zawodników. W miejscu startu stałam ponad 15 minut, stres zdołało więc zastąpić znudzenie. Było zabawnie, bo jezdnia nie była oddzielona od pasa linii tramwajowej i pasażerowie ów pojazdów szynowych mieli nie lada atrakcję podziwiać tę bandę kolorowych wariatów.


Wystrzał startowy padł punktualnie o 18.30. Do linii startu doszłam jakieś dwie minuty później. Nie da się ukryć trochę nas było ^^ Początek biegu SUPER! Nogi nie bolały, zero stresu, same pozytywne emocje. Kiedy wbiegliśmy na Pietrynę poczułam ciarki, jeszcze parę lat temu szlajałam się tu wieczorami ze znajomymi ;) Niespodzianką było jedno skrzyżowanie pozbawione nawierzchni, a usypane kamieniami rodem z nasypu kolejowego - taki trochę cross, na szczęście nikt się nie połamał. Cudowną atrakcją była kurtyna wodna umieszczona kawałek dalej. Od czwartego kilometra złapało mnie zmęczenie, no niestety, kondycja już nie ta. Gdzieś w tych okolicach miał miejsce bieg przez przeszkody (czyt. kubki) w punkcie odżywczym. A potem znowu człap, człap, człap. I tak męczyłam się do 7-8 kilometra. Dwa razy biegliśmy deptakiem. Ludzie jedzą sobie pizzę w knajpianych ogródkach, a Kefir i kilka tysięcy innych narwańców zasuwa, macha, przybija dzieciakom piąteczki - super uczucie! Na całej trasie było kilka nawrotów, tak, że mijaliśmy się z czołówką. Podnosiło mnie to na duchu, bo kiedy to ja mijałam nawrot,  widziałam, że za mną też biegnie jeszcze sporo ludzi. A przecież przez cały bieg miałam wrażenie, że wszyscy, dosłownie WSZYSCY mnie wyprzedzają. Zachowałam jednak zimną krew i dreptałam swoim wolnym, lecz jakże przyjemnym tempem. Ostatnie dwa kilometry zleciały bardzo szybko i bardzo przyjemne, choć byłam już nie lada zmęczona. Wyróżniałam się na pewno, bo sławna już ćwikła na twarzy, niebanalnie kontrastowała z bielą vizira mojej koszulki. Pot zalewał oczy, ale... mimo, że była końcówka maja, było chłodniej niż w październiku, podczas Warciańskiego. Taki paradoks! Ostatnie 200 metrów to oczywiście sprint (taki sprint na jaki może pozwolić sobie słoniątko z zadyszką ;) ), choć nie wiem po co, chyba dla zasady. Zawsze kończy się sprintem, nawet jeśli ma się przez to wypruć płuca. Ciężko zasapana, ruszyłam z tłumem po medal i wodę, tempem a'la wychodzenie z kościoła. Bardzo dziękuję wolontariuszowi, który był tak miły i otworzył mi izotonik, bo ja nie mogłam sobie poradzić.

WOOOODA!

Wydostałam się ze strefy medalowej i w podskokach radości ruszyłam zmoczyć gębę w fontannie ;) Bo kurde faja, UDAŁO SIĘ! Miałam ochotę piszczeć i skakać, bo tylko ja rozumiałam, co się właśnie stało! Ani razu, ani na sekundę nie przeszłam do marszu! A chciałam, ooooj chciałam, na tym czwartym kilometrze i na początku każdego podbiegu. A tych było swoją drogą sporo. Długie i niezbyt strome, ale w dawały w kość. Chwila rozciągania i próba odnalezienia się z rodziną, która próbowała dotrzeć pod Manu. Było mi trochę smutno, że nikt nie czekał na mnie na mecie, no ale cóż, nie można mieć wszystkiego. I tak wywróciłam ich weekendowe plany do góry nogami.
Podium zajęli w całości Kenijczycy (ktoś zdziwiony?), zwycięzca Maingi Munywo Joshua przebiegł trasę w 30 minut i 3 sekundy. CZAICIE TO?! :D 



Kształtne zakrętasy ;)


Cały bieg oceniam bardzo bardzo pozytywnie! Świetna organizacja, a to nie lada sztuka biorąc pod uwagę, że bieg odbył się w ścisłym centrum; przy trasie mnóstwo wolontariuszy pilnujących, by czołówka nie pomyliła mocno pokręconej trasy; rozdawanie nagród przebiegło bardzo sprawnie, a atmosfera całego biegu była niesamowita. Jeżeli tylko będzie mi dane, pojawię się w Łodzi za rok! I polecam każdemu! Łódź ma swój klimat!

Na fali endorfin zarządziłam, że idziemy na lody, ja stawiam - Dziadek zapłacił ( całe życie z uparciuchami!!!). 

Z najlepszymi Dziadkami świata! :)

W drodze powrotnej do domu, za kółkiem bolidu osobowego siedziałam już ja, a zmęczona biegiem prawa kończyna dolna, jakoś tak sama dociskała pedał na autostradzie. Płynnie i w bardzo pozytywnej atmosferze dotarliśmy do domu. I zupełnie nie rozumiem tych dziwnych spojrzeń innych kierowców na światłach, kiedy to odstawiałam tańce radości za kółkiem :P Normalna sprawa ^^ 




Powiem Wam w sekrecie, że już po kilku minutach od startu wiedziałam, czułam każdym neuronem, że dam radę ;) Może nie był to bieg marzeń, na fali euforii biegacza, ale miał on dla mnie zdecydowanie większe znaczenie niż życiówka czy zajęte miejsce (ostatecznie OPEN 2052, czas 56:13, K20 104). Ten bieg miał być dla mnie decydujący. Postanowiłam, że jeśli nie uda się przebiec, odpuszczam bieganie na dobre. Zbyt wiele cierpliwości i nerwów kosztowała mnie mordownia z kontuzją (pieniędzy też!). Kupiłabym rolki i zaczęła śmigać wyczynowo, albo cisnąć basen na całego. Dzięki sobotniemu biegowi odzyskałam nadzieję, poczułam wiatr w żaglach i choć od niedzieli nie mogę praktycznie chodzić, wiem, że do wesela się zagoi i kolejne starty przede mną. :) A! Ten bieg uświadomił mi również, że kondycyjnie jest tak słabo, że o półmaratonie mogę sobie zacząć nieśmiało marzyć za dwa lata :P



Najpiękniejszy widok tego dnia :)
Nie ja, meta!



UWAGA!
Dziękuję Wam za mega wsparcie i coś do rozdania mam! Otóż do pakietu startowego dołączona była zniżka 15% do sklepu New Balance (trzeba ją wykorzystać do 24. czerwca) w Manufakturze oraz jednorazowa wejściówka dla dwóch osób do klubu fitness EVERGYM przy ul. Sienkiewicza. Oba bonusy dotyczą obiektów w Łodzi, więc jeśli jesteście z tych rejonów i wykorzystacie którąś z opcji, dajcie znać. Chętnie je Wam odeślę ;) Osoby zainteresowane proszę o mail na adres kefirowyblog@wp.pl i wybranie nagrody. Nie ma żadnego konkursu, kto pierwszy ten lepszy! :D 








10 comments:

3P said...

:)))))))))))) Oj jak ja Cię rozumiem. W Orlenie biegłam 3 tygodnie po kontuzji pasma biodrowo piszczelowego z tak bolącym kolanem że ledwo ze schdodów schodziałm. I też najbardziej cieszyłam się z tego że ani razu nie przeszłam do marszu. I TEŻ po biegu przez tydzień praktycznie nie mogłam chodzić ... bolały mnie oba kolana, oba biodra i jeden biedny kręgosłup :))))
GRATULACJE wielkie !!!!! Tak trzymaj !!! I nigdy nie odpuszczaj biegania. Bo choć to zdradliwa i kontuzjogenna bestia daje TYLE satysfakcji jak mało co !!!

Marta Łukasik said...

Dziękuję!!! Jednak kontuzjowany kontuzjowanego zrozumie xD Ach, my inwalidki :D :))

Sylwia M said...

Jak to nikt nie czekał na mecie ? Ja czekałam ! Oczywiście na relację, czyli aż dobiegniesz do mety :) Gratuluję biegu i super się czytało i czekam na dalsze relacje. No i teraz mi głupio że nie biegam, a tak lubię czytać o waszych zmaganiach z kilometrami i z własnymi myślami :)

setterka said...

Super,widać ile sprawia Ci to radości:) Gratki:)

Justyna J said...

Gratulacje , piękny medal :)

FitFoxes said...

Jestem dumna z Ciebie, a w ogóle kobieto, "kondycja już nie ta", a zeszłaś poniżej godziny?! Nie jestem pewna, ale na Warciańskim chyba miałaś 2 minuty więcej? Nie wiem, czy ja teraz bez bolącej nogi miałabym taki czas. ;)
Ah, smutno mi bardzo, że masz tą kontuzje, bo wiem co to jest żyć bez biegania jak już się zacznie. Ale kurdę, każdy biegacz ma swoją fazę "stagnacji", a co jak co, ale obie dobrze wiemy, że długie marsze o poranku też są cudowne, a przynajmniej nie ma etapu "już dalej nie mogę" tylko cały czas masz szansę napawać się życiem i widokami.
Tak sobie pomyślałam, że może jak w wakacje jakiś bieg będzie w Łodzi, a ja w formie, to kto wie, może się przekonam ^^ Chyba, że w Kole jakieś biegi macie? Z kiełbą dookoła grilla? ;)

Zdrowi w Łodzi i nie tylko... said...

Witaj Kefirku! Nareszcie jesteś! Gratulacje za bieg, wytrwałość, motywację! I nagana,że nic nie mówiłaś,że tu (w Łodzi) będziesz?! :P Super energetyzujący post, w Twoim stylu! :D

Tak trzymaj! Zdrówka! :D

Marta Łukasik said...

Haha, dziękuję Kotku! Na Warciańskim było mniej o te dwie minuty :)
Oj, kto jak nie my zrozumie ból kontuzji. I tak dzielnie to znosiłaś, moje marudzenie jest nie do zniesienia w tym temacie ;P

W Kole biegów we wakacje nie ma, prędzej wyczaisz coś w Łodzi, ale... jak już przyjedziesz do Koła to możemy sobie same zorganizować bieg :D ^^

iza-en said...

Nooooo Kefirku, jestem pełna podziwu, że po tych wszystkich łydkowych przejściach pobiegłaś :) Jestem z Ciebie bardzo dumna i gratuluję!!!
PS. Ładowanie węgli na działce mnie zaciekawiło, przyznaj się :P

RudzieNka Agata said...

masz szczescie, udzial w biegu to dobra wymowka za te Twoja nieobecnosc na spotkaniu blogerów :P A tak serio to gratuluje, dziadkowie pewnie ociekali duma :))) BRAVO.