Showing posts with label Psyche. Show all posts
Showing posts with label Psyche. Show all posts

11/06/2015

Kefir in Korea #7: The Buddhist Experience



Last sunday was unforgettable. Thanks to Cham Education & Culture organisation I had the opportunity to participate in a very special event: Seoul Traditional Temple Week. There was a few options to choose from and I went for a whole day trip and visited three absolutely amazing temples.

Ostatnia niedziela była niezapomniana. Dzięki organizacji Cham Education & Culture miałam okazję wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu: Seulskim Tygodniu Tradycyjnych Świątyń. Opcji do wyboru było kilka, ja zdecydowałam się na całodniową wycieczkę i dzięki temu zwiedziłam trzy niezwykłe świątynie. 
Ciąg dalszy wersji polskiej pod zdjęciami, przewijaj dalej!

7/22/2015

Healthy lifestyle latem - łatwiej czy trudniej?



Pytanie zakiełkowało mi w głowie, gdy stanowczo odmówiłam zjedzenia obiadu, a chwilę potem zaczęłam ślinić się na widok porcji lodów waniliowych z bakaliami.

Doszłam do następujących wniosków:

6/24/2015

Wyniki ankiety o zdrowym odżywianiu



Jakiś czas temu za pośrednictwem fanpage KGB i prywatnego konta rozpowszechniłam ankietę na temat zdrowego odżywiania. W zasadzie było to moje zadanie z zaliczeniowe z informatyki, ale postanowiłam, że skoro już robię ankietę, to zrobię na temat, który mnie interesuje ;) 

12/19/2014

Jak wyjść z zaburzeń odżywiania?

Nie wiem. I konia z rzędem temu, kto opracuje uniwersalną metodę działającą na każdego człowieka. Jest jakiś śmiałek? Tak myślałam. 
Pisząc o moim przypadku, chciałam zainspirować innych do walki o siebie, pokazać, że się da, ale też i dla siebie, żeby poniekąd zamknąć ten rozdział. Takie e-katharsis. Minął już prawie rok, od opublikowania tego postu, a nie ma TYGODNIA, żebym nie dostałam wiadomości od kolejnej osoby na życiowym zakręcie. Dzisiejszy tekst jest odpowiedzią na powtarzające się w każdej wiadomości pytania: Jak z tego wyjść? Jak wrócić do normalności? Jak sobie pomóc?
Mimo że wcale nie czuję się ekspertem, napiszę o kilku podstawowych rzeczach, których spróbować powinien każdy, bo po prostu nie zaszkodzą. Dla mnie to już rozdział totalnie zamknięty, zalany w beton i zrzucony na dno Rowu Mariańskiego. Mam duży dystans i swobodnie mogę o tym rozmawiać. Chcąc,  nie chcąc, na pewno część  treści się powieli z pierwszym postem, ale nie sposób do nich nie nawiązać. A teraz weź głęboki oddech i zapraszam do lektury.

10/27/2014

Mission impossibru, priorytety i separacja




Ostatnie dwa tygodnie to jakaś masakra. Wszystko, co mogło się zbiec w czasie i ponakładać na siebie stało się własnie w ubiegły weekend. Gwoździem programu miał być udział w Biegu Warciańskim, tym samym, w którym debiutowałam rok temu. Niestety nawał obowiązków uczelnianych postawił udział pod znakiem zapytania, do tego grafik w pracy zmieniony w ostatniej chwili. Tylko czekałam na sugestię, ze strony Mamy, by ten bieg odpuścić. Ze łzami w oczach (potem w rękawie), podjęłam decyzję o rezygnacji z biegu. Tata miał odebrać mój pakiet i oddać chip. Przez cały tydzień dwoiłam się i troiłam, bo myśl o biegu nie dawała mi spokoju. Zrezygnować z czegoś, co jest dla Ciebie ważne, tylko dlatego, że nie masz czasu? Coś mi jednak odbiło i postanowiłam, że pobiegnę, choć zdawałam sobie sprawę, że odbije mi się to czkawką na zdrowiu. To, jak się nagimnastykowałam, żeby w ogóle do Koła dotrzeć pominę milczeniem ;) W miniony weekend zagięłam czasoprzestrzeń ;)

5/06/2014

5 rzeczy, przez które nienawidzę być kobietą*

1. Okres, menstruacja / miesiączka / owulacja czy jakkolwiek to zwał. Sorry panowie, nie wiecie co to znaczy, a ja sobie pomarudzić muszę. I już nawet nie chodzi o ból, bo Bogu dzięki z reguły mnie to nie dotyczy, ale sam fakt co miesięcznej katorgi, łażenia z pieluchą w gaciach albo wtykania tamponu... ok, oszczędzę szczegółów. Generalnie te kilka dni w miesiącu bywa okresem totalnej psychozy na punkcie higieny i obsesji, że oto cała ludzkość wpatruje się w mój tyłek. W bonusie czuję się jak balon, na twarzy pojawiają się pojedyncze Kilimandżaro albo całe łańcuchy górskie. I chociaż ten cały kobiecy cykl ma swój sens, jest informacją, że z organizmem wszystko ok, to i tak szlag mnie trafia, bo...

źródło

3/27/2014

BEZPŁATNE spotkania dotyczące zaburzeń odżywiania


Kilka dni temu otrzymałam maila z informacją o możliwości bezpłatnego uczestnictwa w warsztatach dotyczących zaburzeń odżywiania. Jak wiecie, sama przez to przeszłam i jeżeli tylko pojawi się możliwość, żeby pomóc komuś z tego wyjść, będę krzyczeć o tym głośno. Warsztaty organizuje całkiem nowa fundacja, z kapitalnym, pełnym zapału i świeżych pomysłów zespołem - psychologami, lekarzami, farmaceutami. Warsztaty stworzone są nie tylko dla osób dotkniętych zaburzeniami odżywiania, ale także (a być może przede wszystkim) dla rodziców, krewnych, znajomych takich osób, dla nauczycieli, wychowawców. 

3/24/2014

Stop, wysiadam. Czyli dlatego nie kupię 'Diety bez pszenicy'




Pracując w księgarni, mam ten przywilej bycia na bieżąco z wydawniczymi nowościami. I tak, ostatnio sięgnęłam po książkę 'Dieta bez pszenicy'  dr. Williama Davisa, przekartkowałam, zagłębiłam się wyrywkowo w niektóre fragmenty i zmarszczyłam czoło. Być może fakt nie przeczytania całości nie daje mi prawa oceny, ale jednak na tę książkę pieniędzy nie wydam. 

3/16/2014

Rehabilitacja, rozciąganie, czyli podstawy podstaw


Może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale kontuzja łydek* w ostatecznym rozrachunku wyszła mi na dobre. Dlaczego? Bo człowiek uczy się na własnych błędach. Wiem już czego nie robić oraz co i jak robić, żeby nie krzywdzić samej siebie. 

Wizyta w klinice sportowej, po krótkiej konsultacji z lekarzem, zwieńczona została godzinną pracą z rehabilitantem: masażem, ćwiczeniami rozciągającymi, poprawą techniki wykonywania ćwiczeń.

3/01/2014

10 sposobów, by znienawidzić bieganie

1. Biegaj, bo to modne. Nawet jeśli tego nie lubisz. 


    Jest boom na bieganie, nie da się ukryć. Biegają wszyscy, młodzi, starsi, prezesi i mechanicy, matki, żony i kochanki. Żeby być na topie, muszę biegać i ja! Chociaż szczerze tego nienawidzę. Nie musisz! Jest milion innych aktywności, nie każdy musi biegać! Sport, który nie daje przyjemności i satysfakcji, a wywołuje jedynie frustrację i męczarnie lepiej odpuścić. Rower, rolki, łyżwy, zumba... Każdy znajdzie coś dla siebie. Jedyne co musisz zrobić, to spróbować - nie raz, nie dwa, bo żeby złapać bakcyla trzeba czasem trochę czasu. Jeśli jednak mimo to, czujesz, że bieganie nie jest dla ciebie - szukaj dalej.

2. Biegaj codzienne. Albo dwa razy dziennie! I każdego dnia więcej niż wczoraj.


   Daję tydzień, bardziej wytrwałym dwa, a potem gwarantuję zniechęcenie, przetrenowanie i bardzo możliwe, że kontuzję. W początkowej fazie biegania - fazie totalnego zajarania, chciałoby się biegać dzień w dzień, ile wlezie. A to poważny błąd początkującego. Been there, done that. U mnie padło kolano, na szczęście eliminacja z biegania była tylko tygodniowa. W porę zareagowałam. Cierpliwość i umiar - klucz do sukcesu.


2/21/2014

Nie myl luzu z głupotą



Ostro? Nie, nie sądzę.
Staram się promować zdrowy styl życia, mądre i świadome odżywianie, duuużo aktywności fizycznej, ale wszystko to bez popadania w paranoję. Na luzie, żeby sprawiało przyjemność.

O co więc chodzi mi z tym wpisem? O 'oj tam, oj tam, raz na jakiś czas można', 'odrobina na nie zaszkodzi', 'ludzie to jedzą i żyją'. I to wszystko miałoby sens i było logiczne, gdyby faktycznie było co jakiś czas, nie każdego dnia. Jeżeli mówisz sobie tak na każdych zakupach i wkładasz do koszyczka zupę w proszku, (której skład zaczyna mąka pszenna, skrobia modyfikowana, wzmacniacz smaku, a kończą śladowe ilości przypraw i warzyw) albo jogurt owocowy, który jedyne owoce jakie posiada ma narysowane na opakowaniu, wiedz, że coś się dzieje. 



Co mnie nie zabije to wzmocni.

2/04/2014

Stop & stare



Wiecznie zaganiana. Ostatnie dni (i noce) zlewały się w całość, gdzieś pomiędzy pracą, nauką a treningami na półgębka. W końcu udało się usiąść na dupie i pomyśleć. W pociągu. Dwie godziny dla mnie. Za dużo myśli, żeby spać, z drugiej strony potworne zmęczenie niepozwalające na cokolwiek produktywnego. Zatem muzyka w uszy, gazeta, odruchowo wzrok co chwilę wędruje za okno. Odkładam gazetę. Rozglądam się dookoła. Starszy pan zajął cały 'czteropak' dla siebie. 'To takie moherowe' - myślę.

1/14/2014

Zaburzenia odżywiania i życie po, czyli o tym, jak prawo jazdy uratowało mi życie

Jedni wrzucają swoje zdjęcia 'przed' i 'po', motywując do zmian, dbania o siebie. Ja postanowiłam opisać swoje psychiczne PiP, być może komuś to otworzy oczy i pomoże walczyć o swoje życie ;)

Patrząc na mnie dziś, ktoś prędzej powiedziałby, że całe życie borykam się z raczej z nadwagą i obżarstwem aniżeli w drugą stronę. A tak właśnie było. W moje osiemnaste urodziny ważyłam równo 43 kilogramy.

Ciężko powiedzieć, kiedy się zaczęło. Jeszcze w gimnazjum wcinałam wszystkie słodycze, chipsy, przytyłam, ogarnęłam się i zrzuciłam co nieco (nie były to duże wahania wagi, wszystko nadal w granicach szczupłej sylwetki). Wtedy też przestawiłam się na zdrowe jedzenie. Może nie w takim stopniu jak obecnie, bo i wiedza była mniejsza, ale gdzieś, coś już świtało.

A potem wyjechałam.

11/22/2013

Mój pierwszy raz - euforia biegacza + recenzja

Słyszałam o tym zjawisku, ale nigdy nie zagłębiałam się w temat. Uznałam, że chodzi po prostu o pobudzenie endorfinami w czasie treningu i po jego zakończeniu. Czuję to zawsze po aktywności fizycznej - uczucie genialne i uzależniające. Jednak to, co poczułam wczoraj to coś zupełnie innego...
Wczoraj nie byłam nawet w stanie tego opisać. Byłam gdzieś w przedsionku nirwany. Nigdy przedtem nie czułam czegoś podobnego. Pomijając to, że cały bieg był niemal idealny, od początku biegło mi się wspaniale, to z każdym kilometrem proporcjonalnie stawałam się coraz szczęśliwsza. Tak! To idealne określenie! Biegnąc, byłam przeszczęśliwa! Do cebulek włosów po mały palec u stopy. 




11/19/2013

Czytamy składy #1 - substancje słodzące

Update pod wpisem!

Wiecznie powtarzam (truję, wiem), jak ważne jest czytanie etykiet, przed włożeniem jakiegoś produktu do koszyczka. Potrafi to być czasochłonne, ba - upierdliwe, ale pamiętajcie, że robimy to w trosce o nas samych. Bogu dzięki, mamy jeszcze wpływ na to, co jemy :)

Dla mnie takie badanie opakowań jest przyjemnością / hobby (I'm weird, am I not?)  i zdecydowanie wolę to od latania po sklepach z ciuchami. Nie wspominając już o dzikiej satysfakcji płynącej ze znalezienia produktu nadającego się do spożycia :)

Jednak czytanie etykiety niczego nie zmieni, jeśli nie będziemy w stanie rozszyfrować tych dziwnych nazw wypisanych (zazwyczaj małym druczkiem) w składzie. A tu potrafią kryć się prawdziwe 'smaczki'. Czego dowodem może być zdjęcie, które jakiś czas temu wrzuciłam na facebook'owy profil KGB:



Tutaj aż 3 substancje słodzące: CUKIER, SYROP G-F, GLIKOZYDY STEWIOLOWE. 



Substancji sztucznych, dodatków smakowych, polepszaczy, stabilizatorów i konserwantów jest całe mnóstwo, dlatego wiedzę będziemy zdobywać stopniowo. Na pierwszy ogień idą SUBSTANCJE SŁODZĄCE - cukry i syropy. 


11/07/2013

Bycie FIT vs. codzienność, czyli dlaczego nie wszyscy są królami fitnessu?

Siedzę tak sobie wczoraj, a w zasadzie leżę - styrana po treningu i myślę - przecież to takie piękne uczucie, dlaczego tak wielu ludzi nie ćwiczy? To najbanalniejsza forma sprawienia sobie radości i przyjemności. Tak, jestem uzależniona. I kiedy z przyczyn niezależnych ode mnie (nawał obowiązków, pogoda, nagła zmiana planów - ktoś / coś) nie mogę odbyć zaplanowanego treningu jestem po prostu chora. 
Powiem więcej, jestem zła jak osa i rozdrażniona jak kobieta podczas PMS (nie miewam PMS, żeby było jasne :P). Dla mnie trening i zdrowe odżywianie to już nieodłączny element życia. Chociaż jak tak pomyślę, to w zasadzie moje życie samo w sobie ;) Idea jest piękna - pielęgnacja ciała i umysłu; zdrowie i uroda; sprawność i spokój ducha.

Skoro to takie banalne i proste z założenia, dlaczego po ziemi nie chodzą sami królowie i królowe fitnessu? 
Ano. To, co proste w teorii, zazwyczaj najtrudniej jest wdrożyć w życie. I o ile człowiek posiada wiedzę na temat zdrowego żywienia, choćby najbardziej podstawową, to i tak w sklepie łapczywie wyciąga ręce po kolorowe napoje, chrupiące chipsy, ociekające tłuszczem pączki i rozpływające się w ustach czekoladki. [Ślinianki zaczęły pracować? Moje tak ;)] Dlaczego tak się dzieje? Bo człowiek lubi sobie dogadzać, a nie lubi wyrzeczeń. 'Pyszne' jedzenie i wieczór przeleżakowany przed Tv dają mu poczucie złudnej przyjemności.

źródło

10/30/2013

Runner's World - recenzja



Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, przeglądając Runner's World to mała ilość reklam. Są, owszem, ale w porównaniu do Twojego Stylu (kiedyś kupowałam go nałogowo) mam wrażenie, że nie ma ich w ogóle. Duży plus ;) Czy są jeszcze jakieś? Tak! I to całkiem sporo ;) 

10/27/2013

Mój debiut - 33. Międzynarodowy Bieg Warciański

Jak już wcześniej informowałam na Facebooku, wzięłam udział w 33. Międzynarodowym Biegu Warciańskim, dystans 10km. Były to moje pierwsze poważne zawody, dlatego stres zbliżony do tego co przed maturą ustną z polskiego (czyli potworny!!!). Co prawda brałam udział w Biegu Warciańskim jako dziecko, na dystansie 800 metrów, ale to zupeeeełnie co innego. 

Pakiet startowy odebrałam dzień wcześniej, żeby uniknąć opóźnień dzisiaj albo nie przyjechać za wcześnie. Wydanie pakietu (numer startowy, baton energetyczny, woda, bon żywieniowy) przebiegło sprawnie i sympatycznie. Coraz bardziej cieszyłam się na ten bieg ;)

Dzień startu.
Wstałam po 7., podładowałam telefon (żeby nie było jak podczas ostatniego biegania), wypiłam wodę z cytrynką. Miałam poćwiczyć coś na rozgrzewkę, ale nie czułam weny. Poskakałam chwilę na skakance i poszłam na śniadanko. Modliłam się tylko, żeby nie mieć żadnych rewolucji żołądkowych podczas biegu, bo niestety mam taką tendencję, że jak tylko jem coś w stresie, to strasznie mi potem niedobrze. Na szczęście, obyło się bez nieprzyjemności :P



9/27/2013

Run Lola, run!



Bieganie. Subiektywnie.

Dla mnie to nie tylko spalanie kalorii. To bycie sam na sam ze sobą, oczyszczanie głowy, porządkowanie myśli.Pokonywanie własnych słabości i bicie osobistych rekordów. Nawet te niewielkie dają nieziemską satysfakcję.

Moje bieganie zaczęło się jakoś na początku liceum (5-6 lat temu, kto by liczył? :P). Ubzdurałam sobie, że zrobię szpagat. A jak się na coś uprę, nie ma bata. Zaczęłam się więc rozciągać. Żeby się dobrze i bezpiecznie rozciągać, należy wcześniej porządnie rozgrzać mięśnie, a co może być do tego lepsze od biegania? I tak to poszło. Szpagaty się zrobiły, a bieganie zostało. W zasadzie to taki constans w moim życiu. Ulegam chwilowym zauroczeniom (joga, rower, interwały), robię długie przerwy (nawet roczną!), ale koniec końców zawsze do tego truchtania wracam.
W klasie maturalnej, od wiosny biegałam niemal codziennie. Teraz biegam zdecydowanie rzadziej, raz lub dwa w tygodniu. I chyba wyszło mi to na dobre. Zwiększyłam dystans, poprawiłam czas. I bardziej mi się chce. Odczuwam z tego biegania więcej przyjemności. O braku kontuzji nie wspominając :)
A propos kontuzji! Biegałam sobie kiedyś kulejąc lekko i dogonił mnie jakiś starszy pan. Opierniczył na czym świat stoi i powiedział mnóstwo mądrych rzeczy. Potruchtaliśmy jeszcze kawałek razem rozmawiając. Okazało się, że ten starszy pan (naprawdę starszy) jest maratończykiem. Biegł nawet na 100 km!
Zakazał mi biegania na tydzień, polecił maść na kolano (Naproxen, jak coś :) ) i pobiegł dalej. Strasznie inspirujące było to dla mnie spotkanie. A ja nawet nie zapytałam o imię owego Pana Maratończyka :(

A teraz kilka konkretów.