Bieganie. Subiektywnie.
Dla mnie to nie tylko spalanie kalorii. To bycie sam na sam ze sobą, oczyszczanie głowy, porządkowanie myśli.Pokonywanie własnych słabości i bicie osobistych rekordów. Nawet te niewielkie dają nieziemską satysfakcję.
Moje bieganie zaczęło się jakoś na początku liceum (5-6 lat temu, kto by liczył? :P). Ubzdurałam sobie, że zrobię szpagat. A jak się na coś uprę, nie ma bata. Zaczęłam się więc rozciągać. Żeby się dobrze i bezpiecznie rozciągać, należy wcześniej porządnie rozgrzać mięśnie, a co może być do tego lepsze od biegania? I tak to poszło. Szpagaty się zrobiły, a bieganie zostało. W zasadzie to taki constans w moim życiu. Ulegam chwilowym zauroczeniom (joga, rower, interwały), robię długie przerwy (nawet roczną!), ale koniec końców zawsze do tego truchtania wracam.
W klasie maturalnej, od wiosny biegałam niemal codziennie. Teraz biegam zdecydowanie rzadziej, raz lub dwa w tygodniu. I chyba wyszło mi to na dobre. Zwiększyłam dystans, poprawiłam czas. I bardziej mi się chce. Odczuwam z tego biegania więcej przyjemności. O braku kontuzji nie wspominając :)
A propos kontuzji! Biegałam sobie kiedyś kulejąc lekko i dogonił mnie jakiś starszy pan. Opierniczył na czym świat stoi i powiedział mnóstwo mądrych rzeczy. Potruchtaliśmy jeszcze kawałek razem rozmawiając. Okazało się, że ten starszy pan (naprawdę starszy) jest maratończykiem. Biegł nawet na 100 km!
Zakazał mi biegania na tydzień, polecił maść na kolano (Naproxen, jak coś :) ) i pobiegł dalej. Strasznie inspirujące było to dla mnie spotkanie. A ja nawet nie zapytałam o imię owego Pana Maratończyka :(
A teraz kilka konkretów.